Tim | 26 kwi 2024
25 lat prequeli Gwiezdnych wojen
Nie doceniasz ich mocy!
"Trudna do przewidzenia przyszłość jest." Gdy Yoda ma rację, to ma rację. Czy film zapisze się w popkulturze (i jaką opinię tam zyska), nie da się przewidzieć. Ani „doprzewidzieć”, bo przecież postrzeganie filmu zmienia się z czasem. Pomyśl tylko o The Big Lebowski, Blade Runnerze, Fight Clubie, Scott Pilgrimie… Dziś to kultowe tytuły – a kiedyś? Prawie nikogo nie obchodziły. Ale chyba największa zmiana wizerunku spotkała największą markę popkultury: Gwiezdne wojny. A konkretniej – trylogię prequeli.
Ileż to już napisano o prequelach. W zależności od rozmówcy, Epizody I–III to była parodia, bajka dla dzieci, filmowy koszmar, polityczny bełkot, źródło memów… albo wszystko naraz. Ale dziś, 25 lat po premierze Gwiezdne wojny: Część I – Mroczne widmo, wszystko wygląda inaczej. Prequele nie tylko są odbierane pozytywnie – one są kochane. Skąd ta zmiana? Co mają z tym wspólnego sequele Disneya? Czy nostalgia zamydla nam oczy? I czy to w ogóle byłoby możliwe bez memów? Sprawdźmy!
Nawet Yoda w swoich najlepszych czasach nie przewidziałby, jak zmieni się reputacja trylogii prequeli. (Obraz © Disney/Lucasfilm)
Spójna wizja
Jednym z głównych zarzutów wobec prequeli było to, że George Lucas zrobił je sam. Brzmi dziwnie, ale z ówczesnej perspektywy miało to sens: Lucas był wtedy nietykalny. Żywa legenda. W końcu to on wymyślił Gwiezdne wojny. Zrewolucjonizował branżę efektów specjalnych dzięki Industrial Light & Magic. I to dwa razy! Dzięki słynnej umowie na gadżety kupił sobie niemal absolutną swobodę twórczą. A poza tym współtworzył inną popkulturową legendę: Indianę Jonesa. No i ten sam George Lucas, piętnaście lat po premierze Epizodu VI – Powrót Jedi, mógł robić, co tylko chciał. Pieniądze nie były problemem, a kto by się odważył sprzeciwić legendzie?
Wielu krytyków uważało jednak – być może słusznie – że więcej głosów i większa odpowiedzialność dobrze by temu projektowi zrobiły. A mimo to właśnie ta pełna wolność artystyczna jest dziś jednym z powodów, dla których prequele są oceniane znacznie lepiej. Bo największym zarzutem wobec sequeli Disneya jest brak spójnej wizji. Tak, J.J. Abrams zaczął mocnym akcentem w Epizodzie VII – Przebudzenie Mocy, choć może zbyt mocno nawiązywał do Epizodu IV. Ale Epizod VIII – Ostatni Jedi poszedł w zupełnie innym kierunku (o tej dyskusji tu nie będziemy), a potem Abrams znów wszystko odwrócił w Epizodzie IX. Ten chaos naprawdę nie pomógł.
Prequele są zupełnie inne. Można je kochać albo nienawidzić, ale stanowią spójną całość. Były przemyślane od początku do końca, zanim powstały. I doskonale rozbudowały uniwersum Gwiezdnych wojen (pomijając midi-chloriany). Przybliżyły nam czasy przed Imperium. Pokazały drogę jednego z najlepszych złoczyńców w historii kina. Innymi słowy: cała historia się klei. Zwłaszcza że sam kanon prequeli został świetnie rozwinięty – przede wszystkim w znakomitym serialu animowanym The Clone Wars.
W Radzie Jedi decyzje zapadają demokratycznie. Przy produkcji Epizodów I–III George Lucas decydował jednak niemal samodzielnie. (Obraz © Disney/Lucasfilm)
Tyle rzeczy, które naprawdę się udały…
A skoro już mówimy o udanych rzeczach: Prequele mają do zaoferowania znacznie więcej, niż kiedyś im przypisywano. Myślimy tu przede wszystkim o Epizodzie I: Mroczne widmo. Dla nas Epizod I najbardziej przypomina klasyczne Star Wars. Między innymi dlatego, że George Lucas postawił tu jeszcze bardziej na efekty praktyczne i modele – przynajmniej w porównaniu do Epizodu II i III. W pierwszej wersji kinowej Yodę grał nawet jeszcze Frank Oz (niestety później zastąpiony CGI)! Poza tym Mroczne widmo to jedyny film, który pokazuje Zakon Jedi w całej jego okazałości. Żaden inny film z uniwersum Star Wars nie był tak kolorowy – zwłaszcza nie jego kontynuacje.
Nie można też zapomnieć o dwóch scenach, co do których zgadzają się niemal wszyscy: nadal spektakularnym wyścigu podracerów oraz epickim pojedynku Duel of the Fates pomiędzy Qui-Gon Jinnem, Obi-Wanem Kenobim i złoczyńcą z najlepszym makijażem w historii – Darthem Maulem. Wraz z Johnem Williamsem w szczytowej formie i legendarnym odsłonięciem podwójnego ostrza. Podczas gdy walki na miecze świetlne w oryginalnej trylogii miały głównie wymiar emocjonalny, Mroczne widmo przyniosło nam perfekcyjnie wyreżyserowaną akcję jakiej jeszcze nie widzieliśmy!
Co najważniejsze, cała trylogia prequeli oparta jest na genialnym pomyśle: klasycznej podróży bohatera. Jasne, znamy to z tysięcy historii. Been there, done that. Ale tutaj podróż bohatera staje się podróżą złoczyńcy. Pokazuje nam, jak dobroduszny Anakin – mimo że wychował się w niewoli – staje się największym potworem w galaktyce. I słowo o rzekomo kiepskim aktorstwie: owszem, dialogi może nie są oscarowe, ale aktorzy już tak! Ewan McGregor jako Obi-Wan i Ian McDiarmid jako Sheev Palpatine byli absolutnie genialni! To samo można powiedzieć o Liamie Neesonie, którego chętnie widzielibyśmy dłużej jako Qui-Gona. A fakt, że George Lucas zdołał sensownie wkomponować Samuela L. Jacksona w swoje uniwersum, to niemal cud!
Kolejny ogromny plus: Prequele, w przeciwieństwie do filmów Disneya, niemal nie opierają się na nostalgii. Co oczywiste – wydarzenia klasycznej trylogii jeszcze się nie wydarzyły. Dlatego Lucas ograniczył się do sześciu elementów, które mogły poruszyć starych fanów: Anakin, Obi-Wan, Palpatine, R2-D2, C-3PO i Tatooine. Porównaj to z tysiącem „No i? Widziałeś? Zrozumiałeś? Fajny nawiązanie do dzieciństwa, co?” w sequelach Disneya.
Trylogia prequeli w końcu przybliżyła nam czasy sprzed Imperium – o których wcześniej słyszeliśmy jedynie od Obi-Wana i spółki. (Obraz © Disney/Lucasfilm)
… i wcale nie tak dużo złego!
To wszystko nie znaczy, że prequele są doskonałe. Filmy zebrały sporo krytyki – częściowo słusznie. Ale nie wszystkie zarzuty z przeszłości są uzasadnione, nawet jeśli chodzi o Gunganina w pokoju: Jar Jara Binksa. Okej, ta postać może nie była konieczna. Przynajmniej nie w takiej formie. Trzeba jednak przyznać twórcom, że posłuchali fanów i znacząco zmniejszyli jego czas ekranowy – z gungańskich 17 minut w pierwszym filmie do nieco ponad dwóch minut w Gwiezdne wojny: Epizod II – Atak klonów i zaledwie 15 sekund w Gwiezdne wojny: Epizod III – Zemsta Sithów. Czy naprawdę powinniśmy oceniać całą trylogię przez pryzmat łącznie 20 minut jednej postaci? A jeśli tak – dlaczego nie robimy tego samego z Ewokami z oryginalnej trylogii?
Czy filmy są zbyt polityczne? Każdy musi zdecydować sam. My przyznajemy, że początek Epizodu I raczej nie wciąga: "Galaktyczna Republika jest pogrążona w chaosie. Powodem są podatki na szlaki handlowe do odległych systemów gwiezdnych." Ziew! Ale to właśnie te polityczne wydarzenia doprowadziły do odkrycia Anakina. I te, w porównaniu z późniejszymi epizodami, raczej niewielkie konflikty, miały – przez efekt motyla – ogromne skutki. Gdyby nie bitwa o Naboo, zainicjowana przez ówczesnego senatora Palpatine'a, nigdy nie zostałby on kanclerzem – ani później Imperatorem.
Nie zgadzamy się natomiast w pełni ze stwierdzeniem, że prequele nie mają zapadających w pamięć złoczyńców. Hrabia Dooku i Darth Maul to interesujące postacie, które zostały jednak rozwinięte dopiero w The Clone Wars. General Grievous, Nute Gunray czy Jango Fett – tak samo potrzebni, jak (przepraszamy) Boba Fett w klasycznej trylogii. Albo Captain Phasma, General Hux czy Knights of Ren w sequelach. Ale to i tak nieistotne – prequele koncentrują się na Anakinie Skywalkerze. I właśnie tutaj krytyka była najbardziej nietrafiona.
Twierdzono kiedyś, że Anakin to jęczący głupek – dziś trzeba przyznać: Hayden Christensen zagrał dokładnie tak, jak powinien – jak prawdziwy Skywalker! A ci, jak wiemy, są potężni, ale też pełni żalu, wrażliwi i aroganccy. Przypomnij sobie Luke'a, który przez pierwszą część Nowej nadziei tylko narzeka, jaki świat jest niesprawiedliwy. Który uważa, że jest lepszym pilotem niż Han Solo, choć dopiero go poznał. Który porównuje atak Rebelii na Imperium do strzelania do szczurów. Który uczy Hana o Mocy, choć sam dopiero co o niej usłyszał. To wszystko pasuje też do Anakina – który twierdzi, że Obi-Wan go ogranicza. Który atakuje Dooku wbrew ostrzeżeniom mistrza. Który czuje się urażony, że nie został Mistrzem Jedi, mimo że właśnie dołączył do Rady jako najmłodszy w historii.
Anakin Skywalker, czyli Darth Vader, to jedna z najlepszych i najbardziej złożonych postaci w historii kina. Od niewolnika, przez ucznia, Jedi, męża, ojca, Sitha, maszynę, potwora – aż po bohatera. Dopiero prequele dały mu i nam kontekst, którego potrzebowaliśmy.
Hayden Christensen był często niesłusznie krytykowany za rolę Anakina Skywalkera. Przecież nie on pisał te dialogi… (Obraz © Lucasfilm)
Fani
To, że odbiór prequeli tak bardzo się zmienił, zawdzięczamy przede wszystkim fanom. To logiczne, że fani oryginalnej trylogii mieli inne oczekiwania wobec prequeli niż pokolenie, dla którego Epizod I był pierwszym kontaktem z Gwiezdnymi Wojnami. W tamtym czasie byli często zbyt młodzi, by wyrazić swoją opinię. Ale ci młodzi fani zdążyli dorosnąć – i kochają te filmy tak samo, jak starsi fani kochają klasyczną trylogię. Najlepiej ujął to chyba Ewan McGregor: "Myślę, że krytycy po prostu chcieli znowu mieć siedem albo osiem lat – i tego nie dostali."
Nie zapominajmy też o wspomnianych wcześniej memach. Bez nich być może nigdy nie doszłoby do zmiany postrzegania prequeli! Bo nawet jeśli filmy bywają momentami kiczowate, są pełne scen, które każdy natychmiast kojarzy, gdy tylko usłyszy cytat z mema: "Hello there!" "Do it!" "I have the high ground." "I don’t like sand." To tylko kilka przykładów. Nic dziwnego, że niektóre (czasem niezamierzenie) zabawne momenty przeszły do kultury memicznej – i w ten sposób utrzymały prequele przy życiu. Sprawiły, że nadal są obecne i istotne. W połączeniu z nostalgią za dzieciństwem przyczyniło się to do tego, że dziś tak ciepło wspominamy tę trylogię. A liczni fani – w tym 3 miliony członków subreddit PrequelMemes – doprowadzili ostatecznie do powrotu Ewana McGregora i Haydena Christensena w serialu Obi-Wan Kenobi.
Po tym, jak fandom niemal jednogłośnie zmienił zdanie na temat prequeli, Ewan McGregor i Hayden Christensen byli gotowi wrócić do odległej galaktyki. (Obraz © Disney/Lucasfilm)
Czy to samo dotyczy trylogii sequeli?
Trzeba też uczciwie przyznać, że wielu fanów klasycznej trylogii zmieniło zdanie o prequelach dopiero po tym, jak rozczarowali się trylogią sequeli. Tak, prequele były inne niż stare filmy Star Wars. Ale przynajmniej były spójne. W przypadku Epizodów VII do IX przestało być problemem to, że George Lucas miał zbyt wiele do powiedzenia – teraz problemem było to, że George Lucas w ogóle nie był zaangażowany!
I to prowadzi nas do pytania, czy trylogia sequeli również doczeka się kiedyś takiej reinterpretacji jak prequele? Naszym zdaniem nie. Głównie ze względu na zupełnie inną sytuację wyjściową. Między Epizodem VI a Epizodem I minęło aż 16 lat. 16 lat, w których Gwiezdne Wojny praktycznie nie istniały. Co dziś trudno sobie wyobrazić – w czasach, gdy Star Wars to imperium medialne o niemal takiej samej potędze jak Galaktyczne Imperium.
Kiedy więc fani wracają wspomnieniami do lat 2000., mają przed oczami tylko prequele. (Tak, my też kochamy Jedi Knight i Dziedzica Imperium.) Dlatego właśnie to prequele tak bardzo utkwiły im w pamięci. A jeśli ktoś za dziesięć lat będzie wspominał nasze czasy, to oprócz trylogii sequeli przypomni sobie też spin-offy takie jak Łotr 1, świetne gry w stylu Star Wars Jedi: Fallen Order, coraz więcej aktorskich seriali jak Ahsoka, tony komiksów i wiele więcej. I właśnie dlatego, kiedy pomyśli o dzisiejszym Star Wars, raczej nie przyjdzie mu do głowy Przebudzenie Mocy – tylko The Mandalorian.
Współczesne oblicze Star Wars to nie Przebudzenie Mocy, Ostatni Jedi czy Skywalker. Odrodzenie – to The Mandalorian. (Obraz © Lucasfilm)